lifestyle

trafna w wydaniu slow.

Slow life, hygge, sztuka szczęścia, minimalizm – niech zgłosi się do mnie ten, kto w ciągu ostatnich dwóch lat, choćby raz nie trafił na książkę, wywiad, artykuł czy też szkolenie motywacyjne na ten temat. I mimo, że dalej nie mam pojęcia jak poprawnie wymówić słowo ‚hygge’, to jednak od jakiegoś czasu regularnie śledzę te wszystkie slowlifowe publikacje, i ku mojemu zaskoczeniu są mi one niezwykle bliskie.

 

Początek trafnego slow life

Trochę przez przypadek, trochę pod wpływem blogowej mody na #slowlife i #hygge, postanowiłam dogłębnie zbadać i sprawdzić, cóż tak naprawdę kryje się za tymi pojęciami i czy wyznawcom tej filozofii chodzi o coś więcej niż tylko o ładne zdjęcia na instagramie. Przebrnęłam przez kilkanaście slow life’owych blogów, obejrzałam kilka wywiadów, czytałam książki w klimacie slow life… I bez względu na to jak śmieszne wydawały mi się na początku te wszystkie odkrywcze myśli o korzyściach płynących z wyrwania się z szalonego wiru pracy i konsumpcjonizmu, dotarło do mnie jak bardzo tych banałów potrzebowałam. Poczułam się trochę tak, jakbym otrzymała oficjalne przyzwolenie na zwolnienie rytmu życia, odpuszczenie korpoambicji i cieszenie się z małych rzeczy. Z lekturą każdego kolejnego tekstu zdawałam sobie sprawę, jak bardzo bliskie mi są te słowa i jak bardzo cieszę się, że nie musiałam spędzić kilkunastu lat narzekając na swój los, by odkryć filozofię slow life. Jak się okazało stałam się jej wyznawczynią jeszcze za nim zaczęłam poznawać jej definicję.

 

Trafny chaos

Wielokrotnie wspominałam o tym, jak chaotycznie wyglądało moje życie w ciągu ostatnich lat – powrót z szalonego erasmusa z Włoch, koniec studenckiego życia, korpo praca w Warszawie, nudny etat w Toruniu, i w końcu ucieczka na wieś. To była prawdziwa sinusoida pod względem intensywności oraz tempa życia i emocji. Zupełnie nie potrafiłam wyważyć tego chaosu, określić czego tak naprawdę chcę i podjąć kroków w kierunku, choćby emocjonalnej, stabilizacji.

Wiele musiało się wydarzyć zanim dotarło do mnie, że ja wcale nie lubię jak tyle się dzieje dookoła mnie i że chaotyczne życie po prostu mnie męczy. Pod tym względem jestem np. całkowitym przeciwieństwem mojego brata, który zawodowo zajmuje się organizacją koncertów – w jego pracy non stop coś się dzieje, stale musi coś ogarniać, załatwiać, telefon dzwoni bez przerwy. Kiedyś byłam przekonana, że tak właśnie będzie wyglądało moje zawodowe spełnienie – kiedy okaże się, że gdzieś jestem niezastąpiona, że świat beze mnie się zawali. Długo łudziłam się, że odnajdę radość i ekscytację z takiej pracy.

 

Przełom i kolejne zmiany

Przełom nastąpił mniej więcej pół roku po przeprowadzce do Warszawy. W chwili gdy koordynowałam swój największy projekt zawodowy, projekt wymagający przygotowania dużej ilości sprzętu, logistycznego rozplanowania etapów działania oraz współpracy z 50 technikami i 63 kierownikami salonów motoryzacyjnych w całej Polsce – byłam już pewna, to nie jest praca/styl życia dla mnie. Na kilka dni przed startem projektu miałam ataki paniki, stale byłam roztrzęsiona i przerażona, mimo, że czułam wsparcie zespołu z jakim pracowałam i wiedziałam o ich gotowości do pomocy mi w każdej chwili. To nie było tak, że ja po prostu miałam pecha i trafiłam do złego, warszawskiego korpo – nie. Firma w której pracowałam, owszem była silnie skoncentrowana na realizacji budżetów i założeń planów, i mijała się z moją ideologią odnośnie marketingu zapachowego, jednak była to też firma pełna ludzi, z którymi najzwyczajniej w świecie lubiłam pracować. Nie umiałam się po prostu odnaleźć w tak dynamicznym środowisku i pracy wymagającej ode mnie stałej czujności i poświęceń.

Pewnie wielu z Was sceptycznie podchodzi do takiego myślenia i zaraz usłyszę, że jak ktoś chce osiągnąć sukces, to musi być skłonnym do poświęceń. Oczywiście, zgadzam się z tym całkowicie, jednak ja w tamtej chwili, wiedziałam, że tam sukcesu nie znajdę i że na pewno nie zależy mi na nim za wszelką cenę. Za bardzo zaczęłam cenić swój komfort psychiczny, by pakować się w tą pracę dalej.

Te 9 miesięcy korpopracy nauczyły mnie naprawdę wiele, zarówno pod katem wiedzy i umiejętności handlowych, jak i definiowania własnych potrzeb i celów. I właśnie dzięki temu, rozpoczynając etat na asystenckim stanowisku w biurze w Toruniu, miałam już zupełnie inne podejście do pracy. Owszem, chciałam pracować i zależało mi, bym dobrze wykonywała swoje obowiązki, jednak kategorycznie oddzielałam pracę od swojego życia prywatnego i ceniłam swój czas wolny do tego stopnia, że zdarzało mi się zostawiać telefon służbowy po pracy w biurze, bo nie widziałam potrzeby zabierania go do domu – w końcu i tak bym go nie odebrała. (Jeśli ktoś z Was pracował kiedyś jako asystent prezesa/zarządu, to doskonale wie, że takie decyzje wymagają sporej dawki asertywności.)

 

Slow life na freelansie

Z każdym kolejnym miesiącem  odkrywałam nowe obszary życia w klimacie slow. Podjęłam ostateczną decyzję o zrezygnowaniu z pracy na etacie i obecnie rozpoczynam pracować na własny rachunek. Swoją drogą, na pewno będę chciała w przyszłości poświęcić trochę czasu temu jak wygląda slow life w wykonaniu freelancera, bo wbrew pozorom jest to niezwykle trudna sprawa! Oprócz spraw związanych z pracą, zaczęłam też analizować i zmieniać swoje przyzwyczajenia i nawyki, które niepotrzebnie mieszają mi w głowie i utrudniają odpoczynek.

Chodzi mi między innymi o sprawdzanie social mediów od razu po przebudzeniu bądź tuż przed zaśnięciem, o bezsensowne kupowanie dziesiątek ciuchów na wyprzedażach, mimo, że nie są mi one w ogóle potrzebne, czy też o używaniu argumentu „nie mam czasu” jako wymówki przed pójściem na siłownię, spacer czy po to by nie gotować obiadu tylko skorzystać z jakiegoś gotowca.

Próbowaliście kiedyś już godzinę przed zaśnięciem nie sięgać po telefon lub dopiero po porannej kawie włączyć facebooka? Dla mnie, to dalej bardzo trudne wyzwanie. O wiele łatwiej mi idzie odwyk zakupowy niż social mediowe ograniczenia.

 

Odkryłam banał banałów, który przez ostatnie lata był dla mnie totalną abstrakcją – mam czas na wszystko i tylko ode mnie zależy na co go wykorzystam. I oczywiście, dalej nie jestem mistrzynią organizacji i dalej zdarzają mi się dni, które z produktywnością nie mają nic wspólnego i podczas których miotam się od projektu do projektu, ale to nic. Bo uczę się jak utrzymać balans pomiędzy pracą, przyjemnościami, odpoczynkiem i rodziną.

 

Definicja slow life

W mojej definicji slow life, chodzi przede wszystkim o świadomość tego jak spędzam swój cenny czas, i tego, że ten czas naprawdę jest cenny, więc po co go marnować na rzeczy nudne/nieprzyjemne/mało zyskowne? Jeśli pracuję, to dlatego, że jest to dla mnie opłacalne i lubię to robić, jeśli spotykam się z przyjaciółmi, to dlatego że mam na to ochotę i chcę pielęgnować te relacje, jeśli nic nie robię, to znaczy, że po prostu potrzebuję odpoczynku.

To oczywiście stan idealny, do którego cały czas dążę i który bywa mi raz bliższy raz dalszy. Nie będę ukrywać, że łapię się dalej na tym, że robię coś dlatego, że tak wypada lub dlatego, że nie umiem komuś czegoś odmówić. Jednak sam fakt mojej pracy nad wprowadzeniem jak najwięcej elementów filozofii slow life do mojej codzienności, jest dla mnie niezmiernie satysfakcjonujący.

Muszę też przyznać, że komfort mojego życia wzrósł kilkakrotnie, co zauważam nie tylko ja, ale również moi bliscy. Jestem spokojniejszym i szczęśliwszym człowiekiem. I ciężko mi sobie wyobrazić, bym miała kiedyś wrócić do wielkiego miasta i codziennie mierzyć się z innym projektem, którego deadline upłynął już kilka dni temu.

Podsumowując – filozofia slow life wcale nie wiąże się z nudnym i lamusiarskim życiem, dla mnie to świadomość wyborów czemu poświęcam czas i umiejętność doceniania drobnych codziennych radości, które umykają nam gdy jesteśmy zapracowani/przepracowani.

Hygge i minimalizm będę jeszcze rozpracowywać, choć akurat w przypadku tego drugiego trendu, wprowadzenie go w życie będzie dla mnie raczej niewykonalne.

Jedyne za czym teraz tęsknię są regularne wypady do kawiarni, których, jak się możecie domyślać, na wsi po prostu nie ma…Taaaak, kawa i ciastka na mieście, to była ogromna zaleta mieszkania w Warszawie i w Toruniu. Aczkolwiek mój portfel i waga na te braki akurat nie narzekają!

 

Zachęcam Was do obserwowania mnie na Instagramie oraz Facebooku, zwłaszcza że to właśnie tam możecie mnie i moje slow life’owe relacje, najczęściej znaleźć.

–> Instagram <–

–> Facebook <-

Autor

Pełnoetatowa copywriterka kierująca się zasadami slow life. Miłośniczka świata zapachów, która uciekła z Warszawy i otworzyła własną firmę.