copywriting lifestyle

Najlepszy sposób na odzyskanie czasu.

Potwierdzał to każdy koniec semestru w liceum, każda sesja na studiach, każdy egzamin i wszystkie dedlajny od klientów – im więcej mam zadań i obowiązków, tym lepiej jestem zorganizowana i bardziej efektywna. Niedawno o tej zależności przypomniał mi, nie kolejny klient czy nowe studia podyplomowe, a mała puchata kulka, która zwie się Maniek.

MANFRED

Zanim zdecydowaliśmy się na przyjęcie szczeniaka do domu, byłam mocno sceptyczna wobec tego pomysłu. Mimo, że wizja merdającego ogona i tuptających czterech łapek była niezwykle rozkoszna i urocza, to jednak wiedziałam, że skoro to ja pracuję z domu, to przede wszystkim ja będę musiała przeorganizować sobie cały dzień pracy.

Mija właśnie drugi miesiąc odkąd Manfred jest z nami, i chyba jeszcze nigdy wcześniej nie podjęłam tak trafnej decyzji, jak ta o zostaniu psim rodzicem. Już teraz wiem, że to właśnie on był tym impulsem do lepszego zorganizowania, do spędzania więcej czasu na świeżym powietrzu i do lepszego samopoczucia!

 

A w październiku, zdarzało się nam pracować w takich warunkach… to było piękne!

 

Ci z Was, którzy pracują z domu, pewnie podobnie jak ja, czasami łapią się na tym, że po trzech dniach zdają sobie sprawę, że właściwie nie licząc wizyty w sklepie spożywczym, to nie ruszyli się nigdzie, a ostatni raz na takim spacerze, spacerze to byli podczas wakacyjnej wyprawy w górach. U mnie do niedawna właśnie tak to wyglądało, bo mimo mojego slowlife’owego podejścia do życia, często brakowało mi wystarczającej ilości motywacji, by ruszyć się z domu. Zresztą nie wiem czemu, ale samotne spacery działają na mnie depresyjnie – nie mam problemu by pójść sama do kawiarni czy do kina, ale sama na spacerze czuję się nieswojo. Ciekawe czy ktoś z Was ma podobnie… W każdym razie, teraz nie mam podobnych problemów ani z motywacją, ani z towarzystwem.

ORGANIZACJA CZASU

A co z czasem jaki mi Maniek zajmuje i jak to wpłynęło na moją pracę? Ha, okazało się, że czasu mam jeszcze więcej niż myślałam, a codzienny, godzinny spacer przed rozpoczęciem pracy, ma zbawienny wpływ na mój nastrój i samopoczucie. Dodatkowo nauczyłam się pracować sprawniej, wprowadziłam kilka sprytnych nawyków i zasad, które znacznie poprawiły moją organizację. Niektóre z nich to totalne banały, inne to triki podpatrzone u Joanny Glogazy (chyba jedynej blogerki, której posty czytam zawsze od deski do deski, a która nie jest związana z zapachami…), a pozostałe usprawniacze, to funkcje i aplikacje, przed którymi długo się wzbraniałam. Oczywiście, większość z nich powinnam wprowadzić w życie już sto lat temu, jednak najwidoczniej potrzebowałam do tego obecności Manfreda.

 

Zdjęcie z cyklu „chyba jednak już czas na przerwę!”

 

TRAFNE USPRAWNIACZE

  • I tak na przykład, każdy dzień rozpoczynam od kilkukilometrowego spaceru, który nie tylko pozwala mi zmęczyć Mańka na tyle, że po powrocie pada i zasypia na przynajmniej dwie/trzy godziny, ale także jest świetną okazją do przeanalizowania i zaplanowania dalszej części dnia. Nie jestem zwolenniczką skrupulatnego planowania pracy z dużym wyprzedzeniem, dlatego w zupełności wystarcza mi, gdy podczas spaceru ustalę sama ze sobą, co koniecznie muszę dziś zrobić. Jeśli jest tego sporo, i jest ryzyko, że wszystkiego nie zapamiętam – nagrywam sobie całą listę na dyktafon.
  • Zadania do wykonania dzielę zawsze na dwie/trzy części, które rozdzielam konkretną przerwą. Kiedyś robiłam jedynie krótkie max.10 minutowe przerwy, na zrobienie kawy, telefon do rodziców/znajomych czy przejrzenie social mediów. Jednak nie pozwalały mi one na prawdziwe oderwanie się od komputera, i dodatkowo tylko wybijały mnie z rytmu pracy. Teraz, gdy kończę jedną część zadań, wyłączam komputer na przynajmniej pół godziny, które poświęcam na zabawę z Mańkiem, kawę, drugie śniadanie, codzienną dawkę vlogów Gonciarza (włączam YT na telewizorze by podczas przerwy nie tykać laptopa) itd. I choć wiem, że większość osób preferuje jednak krótsze, ale częstsze przerwy, to dla mnie mój system ma zdecydowanie najlepsze efekty.
  • Kolejna zasada, to maksymalne wykorzystanie czasu przed komputerem. Unikam jak mogę bezsensownego scrollowania facebooka czy instagrama. Nawet jeśli mam do napisania maila, artykuł na bloga dla klienta, to nie robię tego bezpośrednio na wordpressie czy gmailu, tylko otwieram klasycznego Worda i korzystam z nieocenionej opcji jaką jest „koncentracja uwagi”. Odkryłam ją zdecydowanie zbyt późno! A dzięki niej nie ma mowy, by cokolwiek mnie rozproszyło, bym np. zobaczyła powiadomienie na facebooku czy informację o kolejnym mailu.
  • W ekstremalnych przypadkach, gdy social media bądź wyprzedaże online kuszą mnie za bardzo, idę o krok dalej, i teksty, które muszę przygotować, piszę ręcznie w notesie. I nawet doliczając później czas jaki muszę poświęcić na ich przepisanie na komputerze, to i tak wychodzę na tym lepiej, niż jakbym miała co chwilę przerywać i co rusz sprawdzać czy w H&M’ie wrzucili coś ciekawego na wyprzedaży.
  • Dodatkowo zawsze rozdzielam to co związane z pracą, a wszystkim innym. Jeśli wiem, że w ciągu dnia muszę zadzwonić do fryzjera i umówić się na wizytę, bądź wstawić i później rozwiesić pranie, to robię to tylko i wyłącznie w trakcie przerwy. Gdy zaczynałam pracować w domu, zupełnie nie potrafiłam oddzielić domowych obowiązków, codziennych spraw, od pracy. Ciągle robiłam piętnaście rzeczy na raz, a po godzinie 16:00, dalej miałam masę rzeczy do odhaczenia z listy do zrobienia. Nie twierdzę, że teraz zawsze udaje mi się skończyć wszystko do 15:00, i że nie zdarzają się dni, kiedy cały harmonogram mam wywrócony do góry nogami, ale jednak są to raczej sporadyczne sytuacje i staram się trzymać pewnych schematów.
  • Oprócz tego regularnie śledzę raporty, które przygotowuje mi mój telefon o ilości czasu spędzonego w konkretnych aplikacjach, i staram się wyciągać z nich konstruktywne wnioski.

 

Wbrew jego minie, ten spacer mu się naprawdę podobał!

 

Oczywiście żadna z tych rzeczy, które teraz wymieniłam, nie jest wyjątkowo odkrywcza i raczej bym je umieściła w kategorii banały, ale dzięki nim mam naprawdę o wiele więcej czasu, i bezproblemowo jestem w stanie wygospodarować w ciągu dnia czas dla Mańka. Nie wiem, czy gdyby nie Maniek, to spróbowałabym w końcu jakoś usprawnić swój system pracy z domu i czy zaczęłoby mi kiedyś przeszkadzać, to że marnowałam tyle czasu na bezużyteczne scrollowanie social mediów…

Ostatecznie okazało się, że to ja o wiele bardziej potrzebuję Manfreda, niż on mnie.

 

Ach, nie odpowiedziałabym prawie, na jedno z najważniejszych i najczęściej padających pytań w tym temacie – jak Maniek znosi ten mój cały schemat pracy? Początki bywały trudne, zwłaszcza, że przez pierwsze trzy tygodnie uczyliśmy się siebie nawzajem, a także podstawowych zasad pt. „tu nie wolno sikać”. Jednak teraz, w momencie kiedy naprawdę zagwarantuję mu tą konkretną porcję spacerów i szansę na wybieganie się i inne szaleństwa, w trakcie mojej pracy najczęściej sobie słodko śpi, albo zajmuje się swoimi zabawkami. Czasami tylko uprze się, że aż i wymusi dodatkową przerwę na pogranie w piłkę na podwórku, ale wystarczy tylko, że spojrzy na mnie tymi swoimi oczami, a nie umiem mu wtedy odmówić. Zdecydowanie dobrze nam ze sobą i chyba naprawdę jest wiele prawdy w tym, że pies upodabnia się do właściciela, bo z Manfreda robi się coraz to słodszy i leniwy lamus! <3

Oczywiście, zachęcam Was też do obserwowania mnie na Instagramie oraz Facebooku, zwłaszcza że to właśnie tam najwięcej się u mnie dzieje, i to tam możecie praktycznie codziennie zobaczyć Manfreda!
–> Instagram <–
–> Facebook <-

Autor

Pełnoetatowa copywriterka kierująca się zasadami slow life. Miłośniczka świata zapachów, która uciekła z Warszawy i otworzyła własną firmę.