kultura lifestyle perfumy

sposób na jesień.

Tylko winny się tłumaczy, ale ja mimo winy, tego robić nie będę. Powiem krótko – znowu wpadłam w wir pracy i stąd zastój na blogu. Jednak pisania nie odpuszczę, bo to mój sposób na wprowadzenie choćby minimalnego poziomu kreatywności do mojego życia. Dlatego też trafna.pl działa dalej! Dziś postanowiłam zająć się bardzo aktualnym tematem – jesienną chandrą, a dokładniej sposobami jak się jej nie dać.

 

Jesień

Nie ukrywam, że jestem osobą, która bardzo łatwo poddaje się wszelkim czynnikom zewnętrznym i takie rzeczy jak pogoda, mają na mnie ogromny wpływ. Wspominałam już zresztą o tym przy okazji recenzji perfum Tea for Two, gdzie zaznaczałam, że to właśnie słońce czy też jego brak, podejmuje za mnie decyzje o wyborze zapachu. I gdy kończy się ta piękna złota jesień, która w rzeczywistości trwa maksymalnie jakieś dwa tygodnie, i zaczyna się prawdziwa i deszczowa październikowo-listopadowa szarość, muszę uciekać się do pewnym podstępnych i oczywiście niezwykle trafnych sposobów w walce z jesienną chandrą.

 

1. Perfumy

Skoro już o zapachach wspomniałam, to ten temat rozwinę jako pierwszy – jesień i zima, to ulubione pory roku dla każdego perfumoholika. Nie ma nic przyjemniejszego niż użycie ciepłego, otulającego zapachu w mroźny i szary dzień, zwłaszcza, że korzenne czy waniliowe nuty potrafią ogrzać czasami lepiej od wełnianego szalika! Dlatego też, zawsze gdy zaczynam za dużo narzekać, że zimno, że szaro, że deszcz, szybko tuptam do szafki z perfumami i ustalam grafik zapachów na najbliższe dni – ciasteczkowe Givenchy Pi we wtorek, migdałowe Girl of Now w środę, eleganckie Shalimar Initial na czwartek, a weekend niech „spontanicznie” upłynie pod znakiem przypraw korzennych, lukrecji i innych słodkości. I uwierzcie mi, momentalnie wybaczam jesieni, że miała czelność znowu mnie zaskoczyć.

 

2. Netflixowanie

Nie wiem czy to tylko moja teoria czy też jej wyznawców jest znacznie więcej, ale mam taką zasadę, że gdy pada deszcz, to bez najmniejszych wyrzutów sumienia można sobie słodko nicnierobić i nie jest to wtedy marnowanie czasu. Pranie, prasowanie i inne sprzątania, muszą sobie spokojnie poczekać, bo przecież pada deszcz i nie da się pracować! Trzymając się tej absurdalnej zasady, za każdym razem gdy za oknem leje deszcz, ja jak zahipnotyzowana rzucam wszystko, siadam w fotelu i… netflixuję! I tak właśnie obejrzałam ostatnio cały sezon The Crown, netflixowej wersji Ani z Zielonego Wzgórza i przypomniałam sobie kilka odcinków Suits’ów. Polecam!

 

3.  Czytanie

A gdy Netflix już męczy i przestaje poprawiać humor, trzeba sięgnąć po coś innego – np. jesienne wydanie kwartalnika Przekrój bądź inną przyjemną lekturę. Co ciekawe jesienią czytam zdecydowanie więcej niż wiosną czy latem, częściej pamiętam by do torebki przed wyjściem wrzucić coś do poczytania, by nie musieć oglądać tych smutnych min pasażerów w komunikacji miejskiej czy PKP. Mam to szczęście, że już tylko ja decyduję o mojej liście „do przeczytania”, dlatego też jesienią staram się wybierać tylko i wyłącznie takie książki czy artykuły, które nie przytłoczą mnie zbyt głębokim przesłaniem czy tragiczną historią bohaterów. Zupełnie nie wstydzę się tego, że ostatnio moim podstawowym kryterium przy wyborze książek jest „niech będzie miło i przyjemnie”.

 

4. Kwiaty i świece

Kiedyś uważałam, że przykładanie uwagi do takich detali jak świece, kwiaty i inne dodatki, to całkowita strata czasu i pieniędzy. Dziś całkowicie zmieniłam zdanie i właśnie szczególnie jesienią, bardzo dbam o porządek i te wszystkie drobiazgi, które sprawiają, że wieczorne przesiadywanie w mieszkaniu, jest o wiele przyjemniejsze. Czasami aż mi samej ciężko uwierzyć jak bardzo zmienia się mój humor, gdy po przebudzeniu bądź powrocie z pracy zobaczę świeże kwiaty w wazonie. Pod koniec października i przez cały listopad jest wszędzie niezwykle szaro – zero kwiatów, zielonych drzew, dookoła ludzie w ponurych płaszczach, owinięci szalikami tak mocno, że nawet jeśli uśmiech na ich twarzach się pojawia, to nie sposób go dostrzec – dlatego też staram się właśnie kolorować swoje otoczenie jak tylko mogę, by nie dać się jesiennej chandrze.

 

5. Domowe SPA

Nie należę do kobiet, które godzinami przesiadują w łazience i stale testują coraz to nowe kosmetyczne bestsellery i są na bieżąco ze wszystkimi trendami w pielęgnacji, ale! Ale jesienią, gdy włosy zaczynają się elektryzować od szalików, a skórze brakuje blasku – uwielbiam sobie robić mini SPA i być taką dziewczęcą dziewczyną, że aż! Skutki czasami bywają opłakane (koreańska maseczko, do dziś Ci nie wybaczyłam co zrobiłaś mojej twarzy!), ale mam kilka sprawdzonych kosmetyków, których używanie sprawia mi ogromną przyjemność. Należą do nich przede wszystkim cukrowe peelingi w słodkich i korzennych zapachach. Ogólnie jestem wielką fanką cukrowych peelingów za ich działanie na moją skórę i używam ich regularnie, ale jesienią i zimą pozwalam sobie w ramach aromaterapii, na te o najbardziej szalonych zapachach i wychodzę później z łazienki pachnąc jak jagodowa muffinka czy cynamonowe pierniczki. Najlepiej!

 

6. Planowanie

O tym chyba jeszcze nie wspominałam, ale uwielbiam planować – wszystko, od tego na jaki kolor pomaluję paznokcie w weekend, jak będzie nazywał się mój mops (Horacy), po układ warzyw w moim przyszłym ogródku. Mojego M. doprowadzam tym planowaniem do szału, zwłaszcza gdy oczekuję od niego podania planu dnia co do minuty na 14 czerwca 2097 roku, ale są pewne okoliczności kiedy planowanie staje się naszym wspólnym lekarstwem na jesienną chandrę! Mowa tu oczywiście o planowaniu wakacji! To ekspresowy sposób na poprawę humoru i zapomnienie o wichurze i deszczu za oknem. Uwielbiam gdy wybieramy trasy tych wszystkich szalonych wycieczek, domek letniskowy w Szwajcarii, szlaki w górach, plaże w Tajlandii, a nawet gdy planujemy jakich lokalnych przysmaków spróbujemy podczas urlopu. Momentalnie robi mi się cieplej, lepiej, i nawet perspektywa kolejnych szarych dni mnie nie dobija, bo w końcu już za X miesięcy będziemy tam, i zrobimy to, i spróbujemy tamtego!

 

Czytam tak sobie właśnie wszystko to co napisałam i dochodzę do wniosku, że jesień to całkiem przyjemna pora roku, nawet wtedy gdy kończą się kasztany i kolorowe liście. Trzeba tylko znaleźć kilka swoich osobistych sposobów na uniknięcie jesiennej depresji i na walkę z szarością. Ewentualnie, gdy nic już nie pomaga, zawsze też można uciec do Australii albo od razu zapaść w sen zimowy – możliwości jest mnóstwo! Co Wy wybieracie?

 

Autor

Jestem pełnoetatową copywriterką, a z moich artykułów dowiesz się przede wszystkim, że jestem miłośniczką perfum, a oprócz tego przeczytasz o tym co mnie intryguje, fascynuje i historię o tym jak uciekłam z Warszawy.